top of page
Szukaj

Dia de Los Muertos, Meksyk

  • klaudiakordowska7
  • 3 wrz 2023
  • 15 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 12 mar 2024

Aktualizacja: wrzesień 2024

Święto Zmarłych "po polsku" to przede wszystkim dzień spokoju, zadumy i refleksji. Jednak na świecie istnieje jedno miejsce, gdzie obchodzi się je hucznie i kolorowo - mowa oczywiście o Meksyku. Ich obchody Dia de Los Muertos są dla wielu pozycją obowiązkową na liście podróży, a zważywszy, że wypadają dokładnie w urodziny Szymona ;) uznaliśmy je za świetną okazję na ich wyjątkowe świętowanie.

Natężenie okołoświątecznych obchodów w Meksyku różni się w zależności od regionu - my wybraliśmy połączenie Mexico City i Oaxaca. Ktoś może powiedzieć, że gdzieś indziej jest "bardziej autentycznie", ale autentycznie to trochę nie jest nigdzie. To, jak teraz obchodzi się w Meksyku święto de los Muertos, jest poniekąd tworem, który stworzono po Niepodległości Meksyku, by dać narodowi wspólną tożsamość i tradycje. Dlatego w wielu częściach Meksyku, do niedawna nie obchodzono tego święta wcale, a do dawnych tradycji (nawet nie własnych, a innych rdzennych plemion) wrócono względnie niedawno, bo w XX wieku. To oczywiście uproszczone przedstawienie sytuacji, a po więcej polecam książkę Oli Synowiec "W co wierzy Meksyk".

W każdym razie, tradycja, choć może nowa, przyjęła się w Meksyku znakomicie i w obchodach uczestniczą wszyscy, włącznie z paradą w Meksyku, która po raz pierwszy pojawiła się... w filmie Jamesa Bonda. Od 2016 roku miasto organizuje paradę na wzór tej pokazanej w Spectre. Mimo swojego hollywoodzkiego pochodzenia, parada jest organizowana z ogromnym zaangażowaniem lokalnych mieszkańców i służb.

A na start: mapka ze wszystkimi miejscami wspomnianymi w tym poście (atrakcje, jedzenie, noclegi) plus nasza trasa!

Daty wyjazdu podyktowała nam kolejność obchodów Dia de los Muertos

I tak parada w mieście Meksyk (Ciudad de México, w skrócie CDMX) ma zazwyczaj miejsce w najbliższą sobotę przed lub po 1 listopada - w roku 2022, była to sobota 29 października, a rok później - 4 listopada. Jest to na tyle świeża tradycja, że trudno mówić o jakiejś sztywnej zasadzie. I uwaga - oficjalna data podawana jest względnie późno, bo dopiero pod koniec września. Informacji polecamy szukać na oficjalnej stronie miasta - daty podane na różnych blogach będą domysłami, równie dobrymi jak nasze ;)

My zaplanowaliśmy przylot do miasta Meksyk na weekend, tak by zobaczyć paradę i zwiedzić miasto, a w niedzielę wieczorem ruszyć nocnym autobusem do miasta Oaxaca. Tam świętuje się na kilka dni przed świętem, aż do samego 1 listopada. Po obchodach, wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy na wybrzeże Oaxaca, na tydzień wypoczynku, surfa i jogi.

Do Meksyku polecieliśmy jak zawsze - na standby…

Jak to bywa na standby, los raz daje, raz zabiera. Z naszej czteroosobowej grupy, dwie osoby nie dostały się na lot. Tym samym Szymon poleciał zobaczyć paradę, a ja wróciłam z lotniska do domu, by próbować polecieć następnego dnia (niestety nie było możliwości zamiany, bo lista pasażerów została zamknięta i podpisana przez kapitana). Ale żeby było po równo, Szymon poleciał na jumpseat, a w czasie gdy on zwiedzał Meksyk, ja leciałam w biznes klasie ;)

Dzień 1-2: Mexico City (29-30 października)

CDMX to jedno z takich miejsc, do którego na pewno chętnie wrócimy, choćby znowu jako przystanek w podróży. Jest odczuwalnie bardzo europejskie przez wpływy z czasów hiszpańskich kolonii. W czasie Dia de los Muertos, jest również pięknie przystrojone, zwłaszcza plac Plaza del Zócalo, który wypełnia się ołtarzami przygotowanymi przez różne regiony Meksyku. My zaplanowaliśmy na to miasto dwie noce - trzy byłyby optymalne, jeśli ma się na to czas.

Po mieście poruszaliśmy się uberem – przy grupie czterech osób, przejazd kosztował tyle co londyńskie metro, dlatego nie rozważaliśmy transportu publicznego, bo oszczędzał nam ogrom czasu, którego nie mieliśmy dużo. Ze wstępnego researchu, przejazdy metrem kosztują jednak grosze - jeden przejazd ok. 1.20 zł (5 $MX), ale należy kupić wcześniej kartę miejską (prepaid card) za ok. 2.40 zł (10 $MX).

Noclegu szukaliśmy w okolicy Roma Norte. Było nam wszędzie blisko, bezpiecznie i z masą opcji na jedzenie wieczorem czy rano (szkoda, że nie mieliśmy tych okazji zbyt wiele!). Tu link do naszego airbnb - polecamy, natomiast nie jest to najwygodniejsza opcja na spanie dla 4 osób (średnio wygodna kanapa jako spanie dla dwóch osób).

Co warto zobaczyć w Mexico City?

  • National Palace gdzie znajdziecie murale Diego Rivery, męża Fridy Kahlo. Wejście jest darmowe.

  • Templo Mayor Museum bardzo ważne historycznie miejsce, ponieważ to od niego zaczęło się miasto - zobaczycie tam odkopane ruiny azteckiego miasta Tenochtitlan. Bilety kupiliśmy na miejscu. Wstęp kosztuje ok. 22.50 zł (90 $MX).

  • Palacio Postal poczta w przepięknym, pałacowym budynku!

  • Mexico City Metropolitan Cathedral najstarsza i największa katedra w Ameryce Południowej znajduje się na placu Zócalo - nie przegapicie :)

  • Mercado Sonora - nie zdążyliśmy tam dotrzeć, ale to największy bazar religijnych różnorodności - np. Duch Święty w sprayu ;) czyli chrześcijaństwo po meksykańsku

  • Muzeum Fridy Kahlo - bilety kosztowały nas 70 złotych (dokładnie 288.90 $MX), kupione na oficjalnej stronie - pojawiają się na jeden kalendarzowy miesiąc do przodu. Na miejscu płaci się również za możliwość robienia zdjęć (5 zł - 30 $MX). Muzeum jest świetne, dom piękny i zachowano ogrom rzeczy! Koniecznie obejrzyjcie film Frida z Salmą Hayek przed wyjazdem.

  • Palacio de Bellas Artes - tu nie zdążyliśmy wejść (zabrakło nam czasu), ale zapisałam, że ma piękne wnętrze z muralami autorstwa trzech największych meksykańskich artystów. Sam budynek również z zewnątrz robi wrażenie! Wieczorem usiedliśmy na jego schodach - przy deptaku sąsiadującym z parkiem Alameda Central, nocą pełnym rodzin i bawiącej się młodzieży.

Skąd obejrzeć paradę?

Mieliśmy zapisane kilka barów/restauracji na dachach, ale ze wspomnień Szymona kolejki były zbyt długie. Być może warto tam być wcześniej, żeby wejść i mieć dobry widok z góry - w przeciwnym razie ulice robią się ogromnie zatłoczone. Sama parada zaczęła się o godzinie 17:00 i prowadziła od pomnika Puerta de Leones do placu Zócalo. Uwaga - w poprzednich latach parada zaczynała się o godzinie 12:00 i trasa szła w odwrotnym kierunku. Zmieniło się to w 2022 roku, a w 2023 roku zachowano kierunek parady, ale ze zmianą godziny na start o 14:00. Znowu - kierujcie się oficjalnymi informacjami na stronie miasta, ponieważ w tym roku znowu mogą zajść zmiany, a na blogach znajdziecie doświadczenia z poprzednich lat, które mogą nie być aktualne.

Bary na dachach, które mieliśmy zapisane to:

  • La Casa de las Sirenas

  • Balcón del Zócalo

  • Best Western Hotel Majestic

Teraz nasza ulubiona część - jedzenie!

Mieliśmy ogromne oczekiwania co do meksykańskiej kuchni. Trochę się okazało, że chyba bardziej lubimy jej zachodnią interpretację niż oryginał ;) Mimo wszystko próbowaliśmy dzielnie. Jak zawsze, ogromną kulinarną inspiracją był program Somebody Feed Phil na Netflixie i wiele miejscówek poznaliśmy właśnie od Phila.

  • Fonda Margarita - to śniadaniowa kafeteria. Zapełnia się już od 6 rano, a około 10 większość rzeczy się wyprzedaje - warto więc pojawić się wcześnie! Doświadczenie fenomenalne - maryjki na ścianie, pan przygrywający na gitarze, głównie lokalsi i co odważniejsi turyści. Zdecydowanie podszkolcie hiszpański przed i wygooglujcie pozycje z menu.

  • Café El Jarocho Centenario to klasyk, a okazał się mleczną kawą rozpuszczalną w ogromnym kubku. Klimat miejsca natomiast bardzo osobliwy (uwaga, to miejsce przy ulicy, na skrzyżowaniu, kawę kupuje się w jednym z kilku okienek). Znajduje się blisko muzeum Fridy - więc mimo wszystko polecamy zajrzeć, skoro jest się już kawałek od centrum.

  • Lalo! - na śniadanie, wybór europejskich i lokalnych opcji. Tu Szymon był beze mnie - mówi, że było dobrze, ale nie zmieniło to jego życia ;) Ale obsługa mówiła po angielsku!

  • Churrería El Moro to absolutny MUST - świeżutko smażone churrosy z gęstą czekoladą i kakao do popicia (na szczęście gorzkie, więc miało to sens). Zwróćcie uwagę na kolejki - w naszym przypadku ta do siedzenia w środku była krótka i szła bardzo sprawnie! A ta na wynos miała kilkadziesiąt osób.

  • Amor y Tacos - tu zjedliśmy swoje pierwsze meksykańskie tacoski. Obsługa była mega pomocna zważywszy na nasz brak hiszpańskiego! Po jednej stronie się zamawia (bodajże po prawej), po drugiej odbiera jedzenie. Było pysznie, polecamy!

Czas na teleport do Oaxaca

A właściwie, nocny autobus. W Meksyku całkiem łatwo i przyjemnie podróżuje się autobusami ADO. Te nocne oferują duże, rozkładane fotele, z wifi, toaletą, wodą i przekąską. Również klimatyzacją na full ;) Bilety kupowaliśmy dokładnie 1 września (a więc niecałe 2 miesiące przed) i kosztowały nas ok. 269 zł za osobę (1,126 $MX). Nie są to groszowe sprawy, ale odpada jeden nocleg i oszczędzamy czas - można zasnąć w jednym miejscu i obudzić się w nowym. Obowiązuje rezerwacja miejsc, polecamy usiąść z przodu (na samym końcu jest toaleta), ale nie w pierwszym rzędzie - inaczej mogą razić światła samochodów z naprzeciwka (a jednak chciałoby się wyspać). Warto spakować ciepłą warstwę (bardzo mocna klimatyzacja...), opaskę na oczy i słuchawki / zatyczki do uszu (kierowcy lubią sobie grać własną muzykę). Na dworcu w CDMX, poczekalnia wygląda trochę jak odloty na lotnisku - są ekrany informujące o odjazdach, można odprawić swój bagaż, jest również duża łazienka na przebranie się i kontakty na podładowanie telefonów.

Na miejscu, bardzo wczesną porą, bo krótko po 5 rano, odebrał nas nasz host Airbnb, Armando. Coż to był za wspaniały człowiek! Ogromnie polecamy jego miejsce: Armando oferuje 2-3 pokoje na jednym piętrze własnego domu, każdy z własną łazienką i dodatkowo wyjściem na dach / taras z widokiem na miasto i główny kościół (piękne wschody słońca!). Do tego na jeden dzień zabrał nas na objazd atrakcji poza Oaxaca (odpłatnie), więc odpadło nam kombinowanie z ogarnianiem samochodu lub wykupywaniem wycieczki.


Dzień 3-5: Oaxaca (31 października - 2 listopada)

Pierwszy dzień w Oaxaca zaczęliśmy od śniadania - ruszyliśmy na targ Mercado Sanchez Pascua.

Gdzie znajdziecie Dona Vale, która serwuje (podobno) najlepsze temales! O niej też dowiedzieliśmy się z Somebody Feed Phil, chociaż to miejsce pojawiało się w wielu rekomendacjach w Oaxaca. Temales to kukurydziane placki, koniecznie spróbujcie z salsą verde, serem i jajkiem. Do tego sławne oaxacańskie kakao - jednak tu się trochę rozczarowaliśmy :P Na wodzie, takie mało słodkie, ale jednocześnie nie była to taka ciemna, gorzka czekolada.

Potem spacerem do starego miasta, które chociaż zawsze kolorowe, na święto zmarłych przystraja się niczym Londyn na święta ;) Warto zaglądnąć do kościoła Templo de Santo Domingo de Guzmán - jego wnętrze robi ogromne wrażenie! Skorzystaliśmy również z darmowego touru po mieście z przewodnikiem (wskazane zostawienie "napiwku"), który rusza codziennie o 10 (oprócz niedzieli), 13 i 16 sprzed Teatro Macedonio Alcala. Przewodniczka zabrala nas po swoich ulubionych i wartych zobaczenia miejscach - tym samym jest to bardziej subiektywna trasa, ale dla nas był to plus! Szczegóły znajdziecie tu: https://www.freewalkoaxaca.com/

Na kolację wybraliśmy Levadura de Olla Restaurante, która według wielu przewodników jest najlepszą restauracją w Oaxaca. Wspominamy ten posiłek do dzisiaj, ale raczej śmiejąc się przez łzy ;) Nie tyle, że nam nie smakowało - my wiele rzeczy po prostu nie mogliśmy przełknąć. Zamówiliśmy kilka lokalnych napojów:

  • aqua de maiz: woda z kukurydzy - smakowało jak rozcieńczone mleko owsiane

  • tepache: ze sfermentowanej skórki ananasa - smakowało jak sok z czerwonych owoców

  • pulque: sfermentowany sok z agawy - smakowało jak drożdże spożywcze

  • pozontle: mieszanka kakao, kukurydzy, wody i cukru - nazwaliśmy to brudną wodą z jeziora :P smakowało mydłem

Do tego sałatka z kilku odmian lokalnych pomidorów - wyglądało 10/10, a wszystko smakowało tak samo nijako. Ale najgorsze czekało nas z mole, czyli pastą na bazie pomidorów, kakao i chili - najbardziej popularne i uwielbiane danie w Oaxaca. Niestety kilka naszych dań miało mole bardzo dużo i ciężko było je nam ruszyć. Nie mogliśmy uwierzyć, że coś, nad czym zachwyca się tyle osób, nam tak strasznie nie posmakowało, i w innej restauracji zrobiliśmy drugie podejście (ale małą porcję i "na boku" :P), które było dużo lepsze, chociaż nie zostało naszym ulubionym daniem. Co poszło nie tak? Niestety trudno powiedzieć. Na pewno jesteśmy w mniejszości osób, które wyszły z tego miejsca głodne, bo restauracja niezmiennie utrzymuje bardzo dobre recenzje, a i osoby, które nam ją polecały, są naszymi top foodies na Instagramie. Trochę nam było smutno!

Po kolacji znów pospacerowaliśmy po mieście nocą, gubiąc się w uliczkach starego miasta. Zważywszy na święto, ruch jest duży, jest masa instalacji i ołtarzy, przebranych ludzi. Jest na co patrzeć!


Drugi dzień w Oaxaca - 1 listopada, czyli urodziny Szymona!

Zaczęliśmy od śniadania w knajpce PAN:AM, poleconej przez naszego hosta. Bardzo polecamy - super opcje (zarówno bardziej lokalne, jak i europejskie), świeże soki i owoce, pyszna kawa, bardzo hojne porcje!

Potem złapaliśmy taksówkę (gotówka i umiejętność liczenia po hiszpańsku obowiązkowe! ;)) i udaliśmy się na Monte Alban. To ruiny starożytnego miasta na sąsiednim wzgórzu, które rozwijali między innymi Zapotekowie. Oprócz samych ruin, ze wzgórza zobaczycie całe miasto Oaxaca leżące w dolinie poniżej. Na pewno warto skorzystać z przewodnika, jeśli będziecie mieć taką okazję! Ale samo miejsce jest też bardzo dobrze opisane, więc można zwiedzać je samemu.

Po powrocie do Oaxaca zrobiliśmy sobie przerwę na kawę i chwilę odpoczynku w airbnb. A sił potrzebowaliśmy dużo, bo czekała nas niemała atrakcja. Ale zanim zaczęliśmy zabawę, musieliśmy się do niej odpowiednio przygotować - czyli makijaż! W zasadzie od rana w całym mieście znajdziecie osoby wykonujące charakterystyczne malowidła. My trochę podpatrywaliśmy, jaki kto ma wybór wzorów i jak mu to wychodzi. Uwaga - im później, tym kolejki robią się coraz dłuższe, warto zaplanować sobie na to czas. Jeden makijaż zajmuje około 20-40 minut. Jeśli jesteście w grupie - może być lepiej się rozdzielić i robić makijaże u różnych osób w tym samym czasie.

Na wieczór zaplanowaliśmy wyjazd do mniejszych miejscowości, które znane są z bardzo dzikiego świętowania - tzw muerteada. Mieszkańcy w przebraniach, tanecznym krokiem i z dużym hałasem tworzą paradę, która chodzi od domu do domu, zbierając coraz większy tłum, kończąc wielką imprezą w ostatnim domu. Trochę się nagimnastykowaliśmy z organizacją, ale ostatecznie załatwił nas nasz host, znajdując nam wyjazd busem, z przewodnikiem i zebraną wcześniej grupą. Mamy mieszane uczucia do całego tego przedsięwzięcia - przejazd busem zabrał OGROM czasu, jadąc po zakorkowanym mieście i zbierając ludzi. Na miejscu przewodnik próbował trochę polować na trasę tych parad, ale trudno jest ją do końca przewidzieć. Do tego bardzo starano się, żebyśmy się dobrze bawili, a ich definicja zabawy to regularne polewanie grupie mezcalu, co zdecydowanie nie każdemu służyło ;) Samo wydarzenie było dla nas mega dużym przeżyciem, i całe to szaleństwo pośrodku oaxacańskich wiosek jest nie do opisania. Ale nie jest łatwo takie doświadczenie sobie zaplanować, chyba że wkręcicie się w jakąś grupę lokalsów, która naprawdę zabierze was między siebie - to zdecydowanie najlepsza opcja.

W ostatni dzień zostawiliśmy sobie objazd po różnych atrakcjach wokół Oaxaca.

Zdecydowanie jest co zobaczyć, ale niekoniecznie łatwo jest to wszystko zrobić samemu, bez samochodu i w jeden dzień. Nam znowu pomógł host - został na jeden dzień naszym kierowcą i przewodnikiem!

Zaczęliśmy od miejscowości Santa Maria Del Tule, znaną z najszerszego na świecie drzewa :P, a także najstarszego w Meksyku. To ogromny cyprys i faktycznie był piękny! Znajduje się przy kościele, a jego okolica była naprawdę pięknie zadbana.

W Mercado de Artesanias zjedliśmy śniadanie. To taki food court, z masą różnych stoisk, chociaż każde raczej podobne do siebie, oferujące lokalną kuchnię. Nam podpowiedział host, co warto wybrać, zrobiliśmy też drugie podejście do kakao (odczucia jednak mieliśmy podobne).

Kolejną (i główną) atrakcją było Hierve el Agua - czyli geotermalne źródła, znane z formacji skalnych przypominających wodospady. Wygląda to naprawdę pięknie, i warto być tam jak najwcześniej, zanim zapełni się ludźmi, zwłaszcza że to popularne miejsce wśród lokalsów na odpoczynek (w końcu byliśmy tam w okresie świątecznym). Tam też zrobiliśmy przystanek na świeże i przepyszne owoce, a Szymon dał się namówić na posypkę chili i na prawdę mu posmakowało ;)

Po drodze zatrzymaliśmy się też na mały tasting mezcalu w El Rey Zapoteco, gdzie oprowadzono nas też po całym procesie produkcji - takich miejsc w okolicy Oaxaca jest naprawdę mnóstwo, także w samym mieście, dlatego nie przywiązywalibyśmy się do tego konkretnego. Tasting mezcalu też był ciekawy i nauczyliśmy się rozróżniać jego różne rodzaje (i to jak smakuje mezcal z robakiem ;)).

Na koniec musieliśmy dodać ostatni przystanek - cmentarz Xoxocotlan. 2 listopada nie było tam za dużo ludzi, co było dla nas plusem - po pierwsze, we wcześniejsze dni ruch jest ogromny, dojazd robi się trudny i łatwo można utknąć w drodze (normalnie ok. 25 min jazdy od miasta) - poleca się dojazd tuk tukiem. Po drugie, to czas rodzinnego świętowania, i takie "zwiedzanie cmentarzy" przez ciekawych turystów niekoniecznie jest dobrze postrzegane - jeśli się wybieracie, róbcie to z szacunkiem do miejsca i rodzin, raczej nie w przebraniu (jak pomalowana twarz).

Drugi tydzień wyjazdu spędziliśmy na wybrzeżu

Z samego rana nasz host podrzucił nas na lotnisko, skąd mieliśmy odebrać samochód (w mieście trudno o wypożyczalnie, na lotnisku tych opcji jest zdecydowanie więcej). Było z tym sporo problemów, bo okazało się, że nasza zmiana godziny odbioru samochodu nie została zaakceptowana przez wypożyczalnię, samochód wydano komuś innemu, a my zostaliśmy na lodzie. Trochę zajęło nam dyskutowanie i próba wypożyczenia czegoś innego, i ostatecznie się udało. Musieliśmy jednak zgodzić się na dopłatę za "lepszy samochód", chociaż był w tej samej klasie, za którą zapłaciliśmy. Po powrocie skontaktowaliśmy się z Europcar i dostaliśmy zwrot za ten "upgrade", więc polecamy się nie poddawać z takimi rzeczami nawet po fakcie. Zwracajcie uwagę na oznaczenie klasy samochodu w potwierdzeniu rezerwacji i potem dokumentacji już na miejscu - w tej sytuacji to była nasza podstawa do ubiegania się o zwrot. I jeszcze jedna rzecz - przy oddawaniu samochodu w Puerto Escondido obciążono nas kosztem sprzątania samochodu. Wskazano na starą plamę na fotelu, a my mimo zrobienia setki zdjęć z zewnątrz samochodu, nie mieliśmy żadnego zdjęcia z wnętrza, aby coś udowodnić - lekcja na przyszłość. Sytuacja była kuriozalna, ponieważ na miejscu nawet nie oglądali zbytnio naszego samochodu - pracownik tylko wsiadł, sprawdził poziom paliwa i wskazał na jakąś starą plamę. Tym samym drugi raz musieliśmy dopłacić meksykańskiemu Europcarowi. Wypożyczaliśmy samochód w życiu może z 20 razy i pierwszy raz mieliśmy tyle problemów, bardzo frustrujące.

Szczęśliwie udało nam się dostać samochód i ruszyć, a trasa nie jest najkrótsza. To właśnie jej długość i trudność zdecydowała o wypożyczeniu samochodu - pokonanie jej autobusem może być traumatyczne ;) Trasa prowadzi przez góry i samochodem ma zająć około 6 godzin (autobusem ponad 10). Uwaga - w mediach co jakiś czas pojawia się info o otwarciu autostrady z Oaxaca do Puerto Escondido, która ma skrócić czas jazdy do 2.5h. Problemem jest to, że jej oddanie do użytku jest ciągle odkładane w czasie. My w zeszłym roku słyszeliśmy, że otwiera się za parę tygodni. Minął prawie rok i autostrada dalej nie działa ;)

Aktualizacja 2024: autostrada już jest! Bardzo zazdrościmy tym, którzy nie będą przeżywać tego, co my, i dojadą nad ocean w mniej niż 3 godziny ;) A tę jazdę wspominamy do dzisiaj, 2 lata później :D

Nasza pierwsza baza na wybrzeżu to Mazunte, gdzie trafiliśmy do świetnego Airbnb - było duże, czyste, bezpieczne i z pięknym widokiem na ocean. W Mazunte polecamy:

  • Plaża Bebé, do której mieliśmy kilka kroków z naszego airbnb. Tu zobaczyliśmy nasz pierwszy zachód słońca na wybrzeżu, w kolorze turkusu i pomarańczy - obłędne kolory i cudowny moment.

  • Plaża San Agustinillo, można przejść spacerem z plaży Mazunte. Polecamy zjeść w którymś z barów na plaży - recenzje bywają różne, ale rybnych tacos nigdzie nie zjedliśmy słabych!

  • Plaża Zipolite - znana z części dla nudystów, ale w zasadzie na całości podejście do noszenia ubrań jest dość luźne. Jeśli wam to nie przeszkadza, plaża jest naprawdę świetna i mega tego dnia wypoczęliśmy, jedno z naszych ulubionych dni z całego wyjazdu. Jedyne czego tam nie polecamy to sniadania w hotelu Nude - bylo fatalne w smaku, choć wygladało pysznie (zazwyczaj bywa na odwrót ;)).

  • Punta Cometa na zachód słońca. Bardzo popularne miejsce, ale nie bez powodu! To cypelek, na który prowadzi krótki spacer. Zachód słońca był naprawdę jednym z piękniejszych w naszym życiu.

Druga baza to Puerto Escondido. Zdecydowanie polecamy nocleg w okolicy La Punta (czyli ten kawałek plaży na północ od Punta Zicatela). Samo miasto mało nam się podobało, trafiliśmy do centrum przy kilku okazjach (przejazdem lub do bankomatu) i raczej staraliśmy się szybko stamtąd wydostać - cały super klimat jest właśnie w La Punta. Sami wybraliśmy hotel Casa Beu i byliśmy bardzo zadowoleni - super standard, czystość, hotel jest mały, ma własny basen - idealna oaza. Do tego kilka kroków od centrum La Punta, gdzie znajdują się sklepy i restauracje. Samo La Punta - musimy przyznać, na początku wydawało się trochę wydmuszką, ale im więcej czasu tam spędziliśmy, tym bardziej się do niego przekonywaliśmy i wyjeżdżaliśmy rozkochani w tym miejscu.

Na jedzenie polecamy:

  • Sativa La Punta na śniadanie - co prawda mieliśmy swoje w hotelu, ale były raczej na słodko i raz wygrała tęsknota za jajkami. Bardzo przyjemna miejscówka!

  • NATIVO na lokalne jedzenie, "no-frills" - bardzo tanio, bardzo smacznie.

  • La casa del surfer - tu zjedliśmy swoje ostatnie śniadanie po ostatniej lekcji surfowania - wspaniałe wspomnienia! Było pysznie, klimat miejsca jest świetny, i towarzyszyła nam papuga :P

  • Savanna - Café & Mezcal - polecamy usiąść na piętrze i wypić mrożoną kawę lub sok z widokiem na ocean.

  • Atarraya - idealne miejsce na ostatnią kolację - droższa opcja niż zjedzenie na plaży, ale miejsce było piękne, obsługa świetna, a jedzenie doskonałe!

  • Fish Shack La Punta - najlepsze rybne tacoski - polecamy zwłaszcza krewetki w kokosie w których zakochała się również @martyna.chomacka którą tam zresztą poznaliśmy! 🫶🏼

  • La Olita La Punta - też na plaży, też tacoski. Serio tam nigdzie nie robią ich źle :P

W Puerto głównie surfowaliśmy - polecamy lekcje u Tivo z @nativosurflessons (kontakt przez Instagram), którego poznaliśmy z polecenia od Natalii Kusiak. Lekcje mieliśmy codziennie rano, przez ok. 2h. Dostawaliśmy deski i koszulki, a w wodzie zawsze było kilku instruktorów, którzy pomagali nam łapać fale. Najczęściej surfowaliśmy na plaży Carrizalillo, gdzie fale są przyjaźniejsze początkującym, a czasami na samym La Punta. Na jogę ogromnie polecamy Sunset Yoga with EnerJane - niestety udało nam się pójść tylko raz. Wbrew pozorom, przy wysokiej temperaturze bardzo dobrze się joguje i zdecydowane przydaje się przy intensywnym surfowaniu.

Na górze listy atrakcji do zrobienia w Puerto musi znaleźć się wypuszczanie żółwi. My wybraliśmy się na plażę Bacocho, gdzie stacjonuje organizacja Vive Mar. Za 150MXN dostajemy malutkiego żółwia w skorupce kokosa, a naszym zadaniem jest przenieść go na skraj plaży i… kibicować by sam doszedł do wody. Statystycznie już w oceanie przeżywa ich tylko kilka na każde sto, dlatego taka duża inicjatywa ma na celu wypuszczanie ich jak najwięcej. Po więcej informacji polecamy ich stronę, vivemar.

Na jeden z zachodów słońca wybraliśmy się też na jazdę konną. Sami dostaliśmy prywatny kontakt na miejscu, ale chyba nie mamy przekonania by go polecić - w takiej atrakcji chyba lepiej zapłacić organizacji, gdzie takie wycieczki robią regularnie, a konie dobrze znają trasę. Nasze konie były mocno nieokiełznane, nawet dla osób, które nieźle jeżdżą. Mimo wszystko doświadczenie jest niesamowite, a okoliczności naprawdę jedne na milion! Długie spodnie i/lub spray na komary - obowiązkowo! Nigdzie wcześniej nie pogryzły nas tak, jak tego wieczoru.

Po naszym tygodniu w Puerto wsiedliśmy na pokład samolotu do Mexico City, a stamtąd bezpośrednio do Londynu. Z praktyczności: lot krajowy kupiliśmy z linią Volaris, odbył się bez problemów i opóźnień. Historię z oddaniem samochodu już znacie ;) Na samolot do Londynu wszyscy szczęśliwie się dostaliśmy i udało nam się nawet złapać 4 miejsca w premium economy, więc nasz nocny lot nie był najgorszy. Oj zatęskniło nam się za Meksykiem tym wpisem. A na drugi raz powtórzylibyśmy weekend w Mexico City i tydzień na wybrzeżu. Oby była jeszcze do tego okazja!

1 Comment


Alex Cfyz
Alex Cfyz
Jan 27
Like

Follow us on Instagram

paralata

bottom of page